Może kiedyś uwierzę w to, że potrafię więcej niż
umiem...
sobota, 02 styczeń 2010, 02:25

Sylwester i "czerwone" postanowienia

Sylwester... Wyszło całkiem inaczej niż planowałam. Miałam mieszane uczucia, jednak generalnie wszystko zakończyło się na plus. Ale może od początku...
Tak więc koleżanka wkręciła mnie na imprezę studencką. Asia szła z chłopakiem, jak się potem okazało szła też Ada – moja dobra koleżanka, również z facetem. Prócz nich znałam kilka osób z widzenia. Początkowo było całkiem całkiem. Jednak potem odniosłam wrażenie, co ja tutaj w ogóle robię?? (Urok imprez na które idzie się w ciemno heh). Niby miło jednak nagle z kameralnego składu 12 osób zrobiło się nagle ok. 60. Oczywiście najlepsi wyciągnęli zioło (matko nawet nie wiem co to dokładnie było). Ada już odpływała, nie powiem tez miałam fazę w końcu sylwester. Jednak później zaczęłam się pilnować. Robiło się bardziej nieciekawie. Znajomi mówili Golo no poznasz kogoś, rozerwiesz się. Od początku, jak tylko tam weszłam wiedziałam, że tutaj nie znajdę nikogo interesującego. Już nawet nikt się nie przedstawiał, bo jaki jest sens skoro nie sposób zapamiętać tylu osób. Delikatnie mówiąc liczyłam na imprezę z wyższej półki, rozumiecie... Miałam nadzieję spotkać miłych interesujących ludzi, potańczyć, pogadać. Tematy kręciły się głownie wokół picia i zioła, jednym słowem ambitne nie ma co. Godzina 23.30 myślę: No to pięknie... Nagle nie wytrzymałam, to mnie przerosło nie mogłam tam dłużej zostać. Podziękowałam Asi (ona zawsze jest kochana i miła) i wyszłam. Padało... Nagle pomyślałam tylko co teraz... Za pół godziny północ, a ja szlajam się sama po ulicach w deszczu. Poczułam gorycz i rozczarowanie. To niczyja wina wiadomo, Asia miała dobre intencje namawiając mnie, poza tym sama nie wiedziała, że to wszystko tak wyjdzie, również nie była zachwycona. Pisała mi smsy żebym wracała. Miałam wyrzuty sumienia, ale z drugiej strony pomyślałam, że przecież nie zachowałam się źle. Poza tym sami wiecie jak to jest, gdy znajomi są parami, ja jedna wiszę nad nimi, byli mili jak zawsze jednak czułam się nieswojo, urok bycia singlem. Usiadłam na najbliższym (mokrym) przystanku. Poczułam się samotna i rozgoryczona, rozkleiłam się... Jednak zadzwoniłam do Tomka (było mi głupio mimo, że to mój przyjaciel, początkowo sylwestra miałam spędzać z nim i z Kubą. Z Tomkiem od 2 lat spędzam sylwestra, to już taka niepisana tradycja. Jednak koleżanki dogadały mi, że pora się rozerwać i pozbierać się po ostatnich delikatnie mówiąc nieudanych doświadczeniach związanych z moim byłym. Dlatego przeprosiłam Tomka i powiedziałam, że jednak w tym roku nie będę z nim i z Kubą.) Wracając do mojego telefonu. Zadzwoniłam do Tomka, nie wiem na co liczyłam, może na to, że jednak każe mi tam wracać i przemówi mi do rozumu, że jest sylwester, a ja właśnie uciekłam z imprezy. Jednak powiedział, że postąpiłam właściwie, a Asia nie będzie się gniewać. Dodał, że z Kubą oglądają filmy i że jeśli tylko chcę to mogę przyjść. Rozłączyłam się... Biłam się z myślami, zastanawiałam się czy najzwyczajniej nie wrócić do domu. Olałam Tomka dla jakiejś imprezy, a teraz dzwonie... Już nawet nie wiedziałam czy mam się czuć z tego powodu winna, ale on imprezuję częściej ode mnie więc nawet poparł moją idee „gorącego” sylwestrowego flirtu.
Chmmmm... siedziałam na tym przystanku jeszcze dobre 5 minut. Nagle telefon. Patrzę na wyświetlacz: Tomek. Odebrałam. Kazał mi natychmiast przyjść bo przemarznę i przemoknę, poza tym niedługo północ i trzeba wypić szampana. Tym razem już nie zastanawiając się poszłam w jego stronę. Załamana szłam przez miasto, oczywiście porozpinana, później przewiało mi oczywiście szyję, ała, cała ja:P Przyszłam do Tomka ten widząc moją minę przytulił mnie i powiedział, żebym się nie przejmowała, jest ok. Później sielanka jak co roku. Gadki szmatki, filmy i wreszcie poczułam, że jestem wśród swoich. O 5.00 Kuba odprowadził mnie do domu, choć sam miał o połowę bliżej i musiał spory kawałek nadrabiać. Oczywiście musiał mnie łapać ze 3 razy, ja plus wysokie obcasy i szklanka na chodniku - cała ja;) Tak więc dość burzliwy był ten sylwester. Wszystko dobrze się skończyło i nie żałuję, że w efekcie tak wyszło, choć bez flirtu... No cóż widocznie jeszcze muszę poczekać. Jak dobrze mieć przyjaciół

Noworoczne „czerwone karteczki”

No cóż nie minęło 10 godzin, gdy ponownie z Kubą zawitaliśmy u Tomka. Z racji, że 3 stycznia ma urodziny, a jutro już wyjeżdża do Krakowa. Każdy z nas musiał wymienić 10 pozytywnych rzeczy (obojętnie czy dotyczące ludzi, związków, osiągnięć, czy rzeczy), które miały miejsce w minionym roku. Jakoś poszło. Później Kuba powiedział, że jego mama mówi, aby w nowy rok napisać na czerwonej kartce rzeczy które chcemy osiągnąć, bądź wypracować, a jest większa szansa, że się spełnią. No cóż... Na początku wydało nam się to głupie, jednak po chwili pomyśleliśmy, że z drugiej strony to dobra mobilizacja. Przystąpiliśmy do pracy i każdy miał wypisać minimum 5 rzeczy które chce osiągnąć, bądź zrealizować w roku 2010, następnie każdy z nas przeczytał swoją kartkę na głos (pomyśleliśmy, że jeśli przeczytamy to innym bardziej będziemy zmotywowani do działania). Obiecaliśmy sobie, że dokładnie za rok spotkamy się i podsumujemy co nam się udało. Póki co każdy swoją karteczkę schował głęboko do portfela.
Po powrocie, wreszcie wzięłam się za jakąś pracę, wypisałam na kartce i rozplanowałam co na kiedy muszę zrobić. Rozleniwiłam się trochę. Byle do przodu
Obiecaliśmy sobie z Tomkiem, że gdy przeprowadzę się do Krakowa (może za 2 lata).
Założymy zespół, on będzie grał na perkusji, ja będę wokalistką i gitarzystką. A resztę składu się znajdzie, może jeszcze basista i jedna gitara, jeśli nie będę mogła się rozdwoić by grać też na klawiszach to może jeszcze kogoś.
Wracając do pozytywnych rzeczy, które mnie spotkały w minionym roku to bardzo cieszę się z wyjazdu do Monachium na koncert Muse, kocham ich profesjonalizm i powiązanie klasyki z rockiem, również cieszę się bardzo, że wyrobiłam sobie nawyk ćwiczenia, teraz lubię wysiłek fizyczny i lepiej się czuję. Było jeszcze parę innych rzeczy

Szczęśliwego i owocnego Nowego Roku Kochani:*

sobota, 26 grudzień 2009, 02:41
Po raz nie wiem juz który wracam do blogowania. No cóż... Przewrotna jestem i tyle:P Święta... Minął pierwszy dzień, a ja jakoś nie umiem zmusić się do świątecznej refleksji, w ogóle do rzadnej. Jakieś poczucie bałaganu i pustki sama nie wiem. Obiecałam sobie nie pracować w święta, oczywiście nie wliczam w to pisania tekstów, bo na to zawsze jest dobra pora. Uwielbiam w święta ten wolny czas, który mija na przyjemnościach bez wyrzutów sumienia. Tak więc dzisiaj gdy się obudziłam ćwiczyłam pilates i zgłębiałam tajemnice obsługi iPoda. Tak, tak. Sama jestem w szoku ale od jakiegoś czasu ćwiczę regularnie. Rodzice obdarowali mnie iPodem, cieszę się ponieważ zawsze narzekam, że nie mam dostatecznie wiele miejsca na muzykę. Poza tym takie urządzenie ułatwi mi pracę. Zawsze będę miała swoje pomysły i muzykę przy sobie. Nazwałam go Gonzo hehe to taka moja mania, aby mieć poczucie własności rzeczy zawsze muszę je nazwać. Nie wiem... Nie potrafię zabrać się za nic ostatnio, ani zajęcia, ani pisanie. Trochę mnie to przeraża. Może to tylko taki czas. Ostatnio widziałam się z Dominiką. Przyjechała na święta do domu, wyszłyśmy w miasto. Kocham jej zimne i trzeźwe spojrzenie na facetów i życie choć czasem czuję, jakby odzierała mój światopogląd z tej mojej dziecięcej naiwności i nadziei. Jak zwykle Dominika wywraca wszystko do góry nogami, a ja jak zwykle służę jej radą. Przeżyłam także w piątek spotkanie z moim eks. No cóż impreza z przyjaciółmi, wśród nich oczywiście nie mogło zabraknąć Marcina. Myślałam i tak, że będzie gorzej, ale jak widać po kilku głębszych każdy robi się tolerancyjny. Marcin robi "karierę" więc zadziera nosa jednak na mnie te jego zagrywki nie działają. I tak uważam, że jest idiotą po tym co zrobił. Chmmm dziś urodziny obchodzi jeden z moich ulubieńców Jared Leto szkoda, że 38 mógłby być młodszy:P Planuję jechać na koncert jego zespołu do Pragii, może ktoś chętny?

Póki co błogi czas świętowania ^^
wtorek, 18 sierpień 2009, 14:50
Pobyt u rodziny na wsi zleciał. Czas płynie jak przez palce. Od soboty jestem w Krakowie. Dni mijają, a ja trwam tak z dnia na dzień, starając się nie snuć dłuższych perspektyw. Plany i organizację pozostawiam na wrzesień. Mimo bezładu i haosu grafik napięty. Tydz. temu w sob wieczór panieński kuzynki we Wrocławiu, w minioną wieczór panieński znajomej w Krakowie. Teraz siedzę z Olą w CH Plaza Kraków,gdzie Ola pracuje. Co wieczór wychodzimy w miasto.
W czwartek wybieram się na The Killers - Open Coke Live, a za tydz. Radiohead w Poznaniu.
Tak więc wolny czas wykorzystuję intensywnie.
          Wczoraj w Empiku zaintrygowała mnie książka Virginii Woolf  "Flush". Opis książki: biografia pewnego spaniela. Kupiłam,  zacznę ją gdy tylko skończę czytać eseje o Londynie tej samej autorki. Podoba mi się  język jakim posługuje się  pisarka żyjąca w wieku XIX. Tak więc teraz przeżywam błogi czas. Piszę teksty, przesłuchuję muzykę np. Mando Diao, a nawet trochę jazzu, za którym średnio przepadam.
          Szukam inspiracji, by w najbliższym czasie stworzyć muzykę do wspomnianych tekstów. Już nie mogę doczekać się nowego albumu Muse i Arctic Monkeys, single są świetne.

 

Czy tego nie widzisz?
spróbuj się zatrzymać...
Spójrz na mnie.
Może uda ci się usłyszeć
coś naprawdę ważnego
...
 

 
O mnie
kate0403
Zabawna i dość ekscentryczna;) Artystka- muzyk,fotograf - amatorka, lubiąca książki,płyty,filmy,spotkania z przyjaciółmi,podróże i wiele innych rzeczy
Zobacz mój profil
 
Było...
Rok 2010
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Zobacz serwisy INTERIA.PL